Logo Midrasza


  Żywot Klezmera
DOROTA SZWARCMAN

  Czy to prawda, że Amerykanie nazwali pana ostatnim klezmerem Europy?

        Prawda. Najpierw jeszcze mówiono o mnie "ostatni autentyczny klezmer Galicji", a później (to nieładnie brzmi, tak jakbym się chwalił) nazwali mnie ostatnim klezmerem świata. Pytałem, dlaczego? Tłumaczyli, że oni mają bardzo dobrych klezmerów, ale urodzonych już tam. A ja się urodziłem w kolebce klezmerstwa, którą była Galicja i moje miasteczko Przemyślany, gdzie żył mój dziadek Pejsach Brandwein.


Proszę o nim opowiedzieć.

        Pejsach Brandwein miał dwunastu synów, którzy wraz z nim stanowili genialną, najprawdziwszą kapelę klezmerską.


Wszyscy synowie muzykowali?

        Wszyscy. Dziadek ze swoją kapelą grywał na weselach żydowskich, bar micwach, uroczystościach chanukowych, także na sylwestrowych balach policyjnych czy balach pocztowców, w różnych miastach Galicji: Przemyślany, Bóbrka, Rohatyn, Podhajce - po prostu całe Podole. No i od czasu do czasu grywał na dworze u Franciszka Józefa.


Taki był sławny?

        Tak. Grali tam Brahmsa, Mozarta - ale po klezmersku, dodawali te charakterystyczne niuanse, i to było to całe piękno, ten cymes. Grali też u Piłsudskiego - z tego, co słyszałem o dziadku (bo nie zdążyłem go poznać), był on pupilkiem muzycznym Marszałka. Na początku lat dwudziestych połowa braci wyemigrowała do Ameryki. I to oni, jak mówią tamtejsze pisma, m.in. "Klezmer", zasiali tam klezmerską muzykę. Zwłaszcza legendarny klarnecista Naftuli Brandwein, którego do dzisiaj nazywają king of Jewish music of America. Niestety nie miałem szczęścia go spotkać, bo pierwszy raz pojechałem do Ameryki w rok po jego śmierci. Do dzisiaj wszystkie liczące się klezmerskie zespoły na świecie w 70-80 procentach grają muzykę, kompozycje i aranżacje Naftulego Brandweina. Nie ma zespołu, który by nie miał w programie 5-6 utworów mojego wujka.


Co działo się z kapelą w kraju po wyjeździe braci?

        Objął ją mój ojciec Herman. Naftuli był najstarszy, a mój tata najmłodszy. Najstarszym bratem z tych, którzy zostali w Przemyślanach, był Eliasz Brandwein - genialny skrzypek. Próby odbywały się u nas w domu, a ja jako sześcioletni chłopak, nawet może trochę wcześniej, zacząłem z nimi grać. Pierwszy mój instrument to były cymbały. Jeździłem z nimi do Bóbrki, Rohatyna, Podhajec, Tarnopola - na te wszystkie wesela. Na bale ojciec mnie zabierał dopiero później, jak się poduczyłem w szkole muzycznej - wtedy już grałem na fortepianie.


A tata na czym grał?

        Był bardzo wykształconym skrzypkiem. Później nawet pojechał za wielką wodę za chlebem i pracował jako koncertmistrz Wielkiej Orkiestry Symfonicznej w Buenos Aires. Wrócił, żeby nas zabrać, ale nie udało się - wybuchła wojna.


Czy wszyscy bracia Brandweinowie mieli wykształcenie muzyczne?

        Nie, nie wszyscy, na przykład Naftuli nie miał, a był geniuszem. Zacząłem więc naukę gry na fortepianie u pani Hawronowej w Przemyślanach, a ojciec uczył mojego brata skrzypiec.


Przemyślany były wówczas takim typowym sztetlem?

        Cudownym sztetlem, gdzie większość oczywiście była żydowska, a różne wyznania żyły w całkowitej zgodzie. Sztetl przyjaźni. Dla przykładu: w szabas były zamknięte żydowskie sklepy, ale były dwa sklepy nieżydowskie, które dla uszanowania święta też zamykano. Za to w niedzielę żydowskie sklepy były zamknięte, choć mogły być otwarte. To byli sąsiedzi z prawdziwego zdarzenia. No i później zacząłem dojeżdżać do Lwowa, trzy razy w tygodniu, do konserwatorium. Studiowałem pianistykę u sławnego profesora Leopolda Münzera, a później u profesora Tadeusza Majerskiego, który też był tam znaną postacią. No i przyszedł rok 1939, 17 września weszli Sowieci. I pomogła mi wtedy muzyka. Założyłem w Przemyślanach 11-osobową orkiestrę gimnazjalną (mam nawet jej zdjęcie) i zostałem kierownikiem muzycznym domu kultury. Koncertowaliśmy po całej okolicy. Oczywiście nie była to kapela klezmerska, tylko zwyczajna orkiestra, która grała tanga, fokstroty, czasem Brahmsa.


Muzykę łatwą i przyjemną.

        Tak. W tym zespole był też mój brat, a ojciec grał wtedy w operze we Lwowie - ale dojeżdżał z Przemyślan i nadal nas uczył.


Aż weszli Niemcy...

        Nie wiedzieliśmy, co robić. Krążyły różne pogłoski - że Niemcy zabijają mężczyzn, ale kobiet nie. Zrobiliśmy naradę rodzinną: ojciec, matka, brat i ja. Postanowiliśmy uciekać z wycofującymi się wojskami sowieckimi, a mamę zostawić w domu. Uciekliśmy więc. Jechaliśmy pociągiem towarowym, samochodem z żołnierzami, furmankę gdzieś opłaciliśmy. Zabraliśmy ze sobą: ja akordeon, a tata i brat - skrzypce, i można powiedzieć, że to nas też troszeczkę uratowało. Doszliśmy do żmerynki niedaleko Kijowa, ale Niemcy byli szybsi od nas i zdążyli ją zająć. Dobrzy ludzie, Ukraińcy, dawali nam jeść, kiedy w nocy przychodziliśmy do nich.


A w dzień się chowaliście?

        Nawet na cmentarzu, w grobowcach. W Przemyślanach bałem się przechodzić koło cmentarza, a tam nie bałem się leżeć na trumnie - bo chciałem żyć. W końcu tato powiedział: jak mają nas tu zabić, to lepiej wracajmy do mamy. I wędrując nocami wróciliśmy. Raz złapali nas Niemcy. Myśleliśmy, że nas rozstrzelają, ale zobaczyli skrzypce i kazali grać. Zagraliśmy. Dali nam wtedy po kawałku chleba i puścili dalej. Wróciliśmy znowu do Przemyślan, zajętych już przez Niemców. 5 listopada 1941 roku Niemcy zarządzili rejestrację na podwórku gimnazjum. Tato coś przeczuwał i powiedział: "Wiesz co, nie idź. Schowaj się gdzieś, ja pójdę". I już nie wrócił.


A mama?

        Została z nami. Wywieźli wtedy około trzystu żydów do lasu, do Brzeziny, kazali im wykopać sobie jamę i zabili strzałami w tył głowy. Myśleliśmy, że ich powieźli na jakieś roboty, ale później dowiedzieliśmy się prawdy, tylko nie wiedzieliśmy, w którym to było miejscu. Strach było tam pójść, bo wciąż kręciła się ukraińska policja, tzw. Hałyczyna, i Niemcy. Powstało getto. Sąsiedzi, którzy się zresztą uratowali i dziś mieszkają w New Jersey, zrobili wszystko, żebym się dostał do Judenratu. Zostałem SanitaŹtsmann - sanitariuszem; polegało to na tym, że zbieraliśmy trupy, woziliśmy na cmentarz i chowaliśmy.

        Pełniłem też inną rolę. Kiedy było bardzo niebezpiecznie, można było schować się w schronie, który wykopaliśmy w naszym domu. Wejście było przez kuchnię węglową; otwierało się blat, tam był podkop i dalej, już pod ulicą prawie, schron, w którym dało się wytrzymać dwa-trzy dni. Musiał być ktoś, kto później tę kuchnię zamykał, stawiał garnki, żeby zmylić Niemców, którzy tam wchodzili. To było moje zadanie. Pewnego dnia schowałem tam mamę, brata i tych ludzi, którzy dziś są w New Jersey. Ale złapali mnie Niemcy i kazali razem z kolegą nosić chorych na tyfus z żydowskiego szpitala. I usłyszałem, jak jeden z nich powiedział do drugiego: jak skończą wynosić, to ich zastrzelimy. Bardzo chciałem żyć. Nawet nie dla siebie, tylko żeby otworzyć tę kuchnię, bo gdybym nie otworzył, to oni by się tam zadusili. Gorączkowo myślałem, co robić - Niemcy byli z psami. A obok stał klozecik, więc kiedy się odwrócili, wskoczyłem do środka. Do wieczora siedziałem w gnoju po szyję, ale psy mnie nie znalazły. Kiedy wyszedłem, wszyscy ode mnie uciekali.


No, ja myślę.

        Wpadłem do domu, natychmiast otworzyłem kuchenkę. Sąsiad mnie umył, spaliliśmy stare łachy i włożyłem nowe. Po likwidacji getta zabrali nas z bratem i mamą do obozu koncentracyjnego SS-Polizeiführer Juden Zwangsarbeitslager - do Jaktorowa, niedaleko od Przemyślan. Tu znowu muzyka zrobiła swoje: grałem esesmanom, a tymczasem...

        W żIH-u jest relacja, jakieś cztery strony, które tam wysłałem, przetłumaczone z hebrajskiego na polski - wyciąg z książki wydanej przez Yad Vashem, gdzie jest mowa o mojej działalności w obozie. Napisał to człowiek, który był w tym obozie; to jest dziś znany izraelski dziennikarz. Ja występuję w jego książce jako "Poldek". Zdobywaliśmy amunicję i wysyłaliśmy do lasu. Karkołomne rzeczy, nie do uwierzenia. Kiedyś na przykład trzeba było wywieźć broń od komendanta fiakrem. Woźnica był żydem (nie wiem, czy dziś jeszcze żyje, ale uratował się, byłem u niego w Izraelu). Spakowaliśmy to wszystko, wnieśliśmy do dorożki, a ja usiadłem z tyłu, żeby ukraińscy policjanci myśleli, że to komendant wyjeżdża. Udało się, ale za to złapali nas Niemcy. Więc ja im tak zachachmęciłem, że główny esesman mi uwierzył. Tak to jakoś przeszło. Uciekliśmy z obozu, kiedy miały się rozpocząć masowe egzekucje.

        W lesie była X Kompania 40. Pułku AK; dowodził nią kapitan "Proch", który był żydem. Kiedy spotkaliśmy się po wojnie, spytałem: panie kapitanie, skąd ten pseudonim? A on: "Bo proch po niemiecku to Staub, a ja się nazywam Fryderyk Staub". To był jedyny w AK pluton żydowski, a ja byłem w nim zastępcą dowódcy zwiadu. O tym też można przeczytać w książkach: jednej autorstwa historyka prof. Węgierskiego, i druga - braci Wojtowiczów, którzy zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Oni też wymieniają "Poldka" - taki był mój pseudonim w lesie. Kiedy uciekaliśmy z bratem, ukryliśmy matkę na strychu i umówiliśmy się, że jak już będziemy w lesie i dostaniemy broń, wrócimy po nią. Ale kiedy wróciliśmy, było za późno - Niemcy ją rozstrzelali. Potem, ze dwa-trzy tygodnie przed wyzwoleniem - już słyszeliśmy artylerię radziecką - broniliśmy wsi Hanaczów, w której chłopi uratowali około stu żydów, starszych ludzi, którzy nie mogli uciekać.


W jednej wsi - stu żydów?

        Może trochę przesadziłem, ale na pewno z sześćdziesięciu-siedemdziesięciu. Zorganizowali to właśnie ci bracia Wójtowiczowie, o których mówiłem, i dlatego dostali Medale Sprawiedliwych, jeden z nich pośmiertnie. Mój brat wtedy chorował i miał zostać w bunkrze, ale zerwał się, bo chciał walczyć. Złapała go UPA i dostał jedenaście ciosów nożem. żywcem go zaszlachtowali. Kiedy byłem w Izraelu, spotkałem dawną koleżankę, Altszylerównę z domu, która mi powiedziała: "Poldziu, ja to widziałam. Zarżnęli go jak świnię, jak psa, rękojeść noża leżała odłamana, a ostrze tkwiło w pępku". Jeszcze kilkadziesiąt dni i dożyłby końca wojny. Był świetnym skrzypkiem.


Został pan sam.

        Wyszedłem z lasu, wróciłem do Przemyślan i wszedłem do mojego obrabowanego domu. Tam ogarnęły mnie złe myśli. Nie chciałem już żyć. Ale miałem przyjaciela w lesie, świętej pamięci Tadeusza Klimko, przedwojennego mistrza lwowskiej "Pogoni" w pływaniu, z którym kochaliśmy się jak bracia. U niego składałem przysięgę. I dosłownie pięć minut po tym, jak postanowiłem popełnić samobójstwo, on wpadł do mojego domu - nie wiem, skąd się domyślił. Wpadł, dosłownie strzelił mnie w mordę, zabrał mi pistolet i krzyknął: "To tyś się po to uratował, żeby takie rzeczy robić?" I zabrał mnie do Lwowa, do swojego mieszkania. Jego matka i żona Wanda otworzyły szafę i powiedziały: "Połowa jest Tadzia, a połowa twoja. Jesteś od dzisiaj bratem Tadzia". I tak było. Poszliśmy więc dalej z Tadziem. Raz dopadli nas Sowieci i chcieli wcielić do wojska, ale jakoś się harmonią wybroniłem. W końcu w Przemyślu wstąpiliśmy ochotniczo do VI Dywizji Ludowego Wojska Polskiego, do medsanbatu, czyli medycznego sanitarnego batalionu - Tadzio miał z tym kiedyś trochę do czynienia, ja bardzo mało, bo niby byłem sanitariuszem, ale to wtedy znaczyło całkiem coś innego.

        Z tym batalionem przeszedłem cały front. Pełniłem różne funkcje. Byłem najpierw sanitariuszem, a równocześnie założyłem przy sztabie siedmioosobowy, słowno-muzyczny Teatr Frontowy VI Dywizji. Graliśmy żołnierzom, kiedy nie było nalotów. Później byłem komendantem ochrony sztabu, w dalszym ciągu prowadząc teatr - i tak aż do Łaby, do spotkania z Amerykanami. Potem wróciliśmy do Polski - do Wadowic, do Chrzanowa, w końcu do Krakowa.

        I w Krakowie przypomniałem sobie, że przecież jestem muzykiem. W 1948 roku założyłem pierwszy w Wojsku Polskim amatorski zespół pieśni i tańca. Kiedy na jednym z festiwali amatorskich zespołów Wojska Polskiego zdobyłem I nagrodę, wezwali mnie do sztabu do Warszawy i zaproponowano mi stworzenie zawodowego zespołu. Założyłem więc Zespół Pieśni i Tańca Krakowskiego Okręgu Wojskowego, który później został przemianowany na Zespół Estradowy Warszawskiego Okręgu Wojskowego z siedzibą w Krakowie. Wygrywaliśmy wszystkie prawie festiwale zespołów zawodowych, a odbyło się ich kilka. Raz tylko jeden z organizatorów mi powiedział: "Poldku, nie możemy wam dawać co roku pierwszego miejsca, dajmy innym szansę". Sam także otrzymywałem nagrody za pracę artystyczną, w tym od ministra obrony narodowej. Komponowałem piosenki; Dziewczyna wopisty w wykonaniu Bronisławy Baranowskiej zdobyła jedną z trzech głównych nagród w Sopocie - na międzynarodowym festiwalu, gdzie jury składało się z 24 członków z 24 krajów.


Tak więc od końca wojny trzymał się pan wojska.

        Rangą doszedłem do podpułkownika. Aż nastał marzec 1968 roku, kiedy stwierdzono, że mam "skrzywiony kręgosłup", i skierowano do rezerwy. Byłem całkowicie wyłączony z zawodu i nawet przyjaciele nie mogli mi pomóc - bali się o własną skórę. Miałem szlaban: w telewizji, w radiu, wszędzie. Ciężko się rozchorowałem na nerwy, leżałem osiem miesięcy na różnych oddziałach, na neurologii... Ale jakoś się wykaraskałem, i znaleźli się w końcu bardzo dobrzy ludzie w Mielcu, w Zespole Pieśni i Tańca "Rzeszowiacy". Pomagałem im kiedyś bezinteresownie, robiłem aranżacje, konsultacje. I oni tego nie zapomnieli, przyjechali do mnie i zaproponowali objęcie stanowiska głównego konsultanta zespołu. Później objąłem kierownictwo muzyczne Teatru żydowskiego, a także - przez 12 lat - prowadziłem znany cygański zespół "Roma", z którym koncertowałem nawet w sali Rady Bezpieczeństwa ONZ. Objechałem z nimi kawał świata - do czasu, aż wszyscy zwiali. Stało się to w Finlandii, zostało ich tylko siedmioro, więc żeby uratować kontrakt, dołączyłem jako ósmy, grając na czterech instrumentach - akordeonie, fortepianie, ksylofonie. Bo został tylko skrzypek, klarnecista, kontrabasista, siostry Rajfer...


No, to można powiedzieć klezmersko-cygański skład.

        One wtedy, mimo że żydówki, były w tym zespole. No i tak uratowaliśmy te koncerty.


Do muzyki żydowskiej wrócił pan przy okazji współpracy z Teatrem żydowskim.

        Odkąd tam przyszedłem, prawie wszystkie ich spektakle były muzyczne: Było niegdyś miasteczko, Tak jak u Chagalla, Pieśń o zamordowanym narodzie, Wśród walących się ścian. Ale to była po prostu normalna muzyka żydowska. A do klezmerskiej wróciłem na krakowskim Kazimierzu. Pokochałem Kazimierz, kiedy był jeszcze smutny, pusty, kiedy te kamienie milczały. Na Szerokiej powstała pierwsza restauracja - "Ariel", której dyrektorem i właścicielem był Wojtek Ornat, późniejszy założyciel "Klezmer Hois". Kiedyś zaproponował: "Panie Leopoldzie, może byśmy zrobili jakiś koncert?" I dałem pierwszy po latach koncert klezmerski, czyli koncert piosenek ubranych w te wszystkie niuanse, które klezmerzy grają, a których nie można zapisać w nutach - te tak zwane krechc. Proszę zauważyć, że klezmer zagra ten sam utwór za każdym razem inaczej, choćby w odstępie półgodzinnym. Bo dla prawdziwego klezmera nuty, linia melodyczna to tylko pretekst - on gra, co mu serce dyktuje.


Jak w jazzie.

        Właśnie tak. Dziś jest w takim nastroju, jutro w innym.


A jak pan to tłumaczy tradycyjnie wykształconym muzykom?

        Prowadziłem bardzo dużo warsztatów klezmerskich - w Ameryce, w Niemczech, w Wiener Musikhochschule. Studenci świetnie grali, ale trzeba było im po prostu pokazać sposoby - nawet w jakiej pozycji, jakim palcem i na jakiej strunie - żeby to zabrzmiało po klezmersku. Bo to samo d, a, es czy gis inaczej brzmi na różnych strunach i w różnych pozycjach. I wejść na ten dźwięk też nie można tak po prostu, tylko właśnie krechcem, tym zaśpiewem, posunąć paluszek w odpowiedniej chwili, żeby było słychać, że to nie jest klasyczna muzyka. że to nie jest po prostu zagrane, ale opowiedziane. Klezmer nie gra, klezmer opowiada na swoich skrzypcach, klarnecie czy cymbałach. Opowiada dzieje swojego losu, dzieje swojego narodu. I mówię zawsze, że nie człowiek wybiera klezmerstwo - klezmerstwo wybiera człowieka. Mam to szczęście, że ono mnie wybrało.


Nagrał pan płytę...

        To było moje marzenie. Na Zachodzie wydano dużo dobrych płyt klezmerskich, ale ci klezmerzy są urodzeni tam. Janusz Makuch, dyrektor Festiwalu Kultury żydowskiej, powiedział kiedyś, że jestem strażnikiem czystej tradycji. To prawda, jestem tradycjonalistą. To, co robię, musi się opierać na tym, co robili moi dziadkowie, wujkowie, tata - nie może być podfarbowane, przemalowane, musi brzmieć tak, jak grali w Galicji prawdziwi klezmerzy na weselach czy bar micwach. I mniej więcej w tym klimacie starałem się nagrać tę płytę.


A skład instrumentalny?

        Jest z grubsza taki, jak wtedy. W kapelach klezmerskich grały: I skrzypce,

        II skrzypce jako sekund, były cymbały, których niestety już dzisiaj nie ma i zastępujemy je fortepianem, którego partia jest opracowana, żeby brzmienie było możliwie najbliższe cymbałom. Był też klarnet, puzon, kontrabas...


U pana jest jeszcze flet, którego chyba nie było w kapelach klezmerskich.

        Zwykle były dwa klarnety: D i Es, ten drugi był wyższy. Zastępuję go fletem.


W zespole zagrali profesorowie krakowskiej Akademii Muzycznej. Wygląda na to, że się świetnie bawili.

        Oni mnie wręcz prosili: "Panie Leopoldzie, my chcemy z panem zagrać tę muzykę, ona jest taka inna, taka piękna". Nie pytali, za ile będą grać. Po prostu byli szczęśliwi, że zaistnieli na tej płycie. żeby pani widziała ich radość po koncercie w synagodze...


Widziałam, rozmawiałam z nimi.

        Siedzieli tam dumni, że grają tę muzykę - w jarmułkach, niedaleko Tory: i flecista prof. Kazimierz Moszyński, i klarnecista prof. Andrzej Godek, i wszyscy pozostali. Byli szczęśliwi i ja jestem szczęśliwy, że powstało coś prawdziwego. Muszę też powiedzieć, że jestem bardzo wdzięczny Jackowi Cyganowi, który mnie zmobilizował do nagrania tej płyty; duży udział w tym przedsięwzięciu ma też moja córka Marta, która była dla mnie źródłem inspiracji i wspierała mnie podczas nagrywania płyty - dzięki temu mogła się ona ukazać.


Ale córka też przejmuje fach... Na płycie jest jej piosenka Cymes.

        Moja córka skończyła Akademię Muzyczną w Krakowie, zajmuje się muzykoterapią i robi to bardzo dobrze. Ale czasem odzywa się krew taty.


A skąd wzięli się soliści na pana płycie?

        Tu muszę wrócić do moich koncertów na krakowskim Kazimierzu. Najpierw występowałem sam. Później z Jackiem Cyganem, który śpiewał, choć nie jest śpiewakiem. Potem na jakieś dwa lata doszła Sława Przybylska - mieszkała wtedy w Szczawnicy. Kiedyś w Teatrze Ludowym zobaczyłem Martę Bizoń. Posłuchałem jej, poszedłem za kulisy i zaproponowałem, żeby się do mnie przyłączyła. Mało się nie rozpłakała z radości. Ściągnęła też koleżankę, Kasię Jamróz.


Też z tego teatru?

        Nie, Kasia występowała w telewizji, radiu, filmie. Doszła też Renata Świerczyńska Potem, kiedy poszedłem do Teatru Stu i zobaczyłem tego brodatego Andrzeja Roga, poszedłem do niego i mówię: "słuchaj, Andrzej, tak a tak, co ty na to?" A on: "Jak na lato!" No i z tą grupką zacząłem pracować. A kiedyś na Festiwalu Słowa w Międzyrzeczu Podlaskim występowała z poezją Kasia Zielińska, góralka ze Starego Sącza, i znów od razu sobie pomyślałem: o, ty jesteś u mnie. Dostała się wtedy do Wyższej Szkoły Aktorskiej, teraz zrobiła dyplom i już występuje w telewizji i w radiu. Pracuję więc z tymi ludźmi około pięciu lat. Są cudowni, robią to z pasją, nie pytają, za ile. Pokochali ten rodzaj muzyki do szaleństwa.


Bo jest w niej coś, co porywa wszystkich. To było widać na koncercie w synagodze.

        Następnego dnia dawaliśmy program dla sponsorów płyty w hotelu Hyatt. I szaleli tak jak publiczność w Krakowie. A w Krakowie cztery razy mieliśmy standing ovation. To mówi samo za siebie. Przecież tam były wszystkie VIP-y, rektorzy, wykładowcy szkół muzycznych, był wojewoda, a także były prezydent Lassota. Gratulowali mi ze łzami w oczach.


Graliście już te piosenki poza Polską?

        W Wiedniu, jak za dawnych czasów, wystąpiliśmy na bar micwie - to było wielkie przeżycie dla wszystkich. Pojechali tylko śpiewający ze mną jako pianistą, bez zespołu instrumentalnego. Babcia tego chłopaczka była moją koleżanką z Przemyślan, zamieszkałą w Wiedniu po wojnie. Pierwszy utwór, Majn jidysze mame, zadedykowałem jej jako mojej "współsiostrze" z obozu, z getta - i ją wyprowadzili na scenę razem z wnukiem. Przepłakała całą tę piosenkę. Potem daliśmy nasz program, a ten chłopak próbował się nawet do nas przyłączyć - Marta Bizoń dała mu mikrofon. To wywołało niesamowity entuzjazm. Przy Miasteczku Bełz pół sali śpiewało z nami. Trzeba było dobrze się namęczyć przy fortepianie, żeby utrzymać te dwa tempa, bo każdy śpiewał inaczej, ale to było prawdziwe, niereżyserowane. To wychodziło od nas na estradzie z serca - i od nich, którzy siedzieli tam i zbratali się z nami całkowicie. Horę musieliśmy grać około piętnaście razy, bo wszyscy zerwali się od stołów, zrobili koło i tańczyli. Powtarzaliśmy ten utwór, aż się zmęczyli i przestali tańczyć. I tym zakończyliśmy koncert.


Miał pan kilka lat temu "klezmerskie" spotkanie z Icchakiem Perlmanem na Kazimierzu. Widziałam film "In the Fiddler's House" i wyobrażam sobie, że musiało się tam dziać o wiele więcej.

        To prawda. Nakręcono dwadzieścia godzin, a cały film miał trwać czterdzieści minut. A spotkanie było takie najprawdziwsze. Doszło do niego tak: Michael Alpert, który był wtedy jego agentem, zadzwonił i powiedział: "Słuchaj, chce się z tobą spotkać jeden z największych wirtuozów świata, skrzypek Icchak Perlman. Przyjedzie do Krakowa w czasie festiwalu i chce z tobą porozmawiać o muzyce klezmerskiej. Jego ojciec pochodzi ze Strusowa koło Tarnopola. A on, choć urodził się już tam, czuje, że ma to klez-merstwo na pewno w sobie, ale chce wiedzieć więcej na ten temat". Spotkanie odbyło się w jednej z restauracji żydowskich na Kazimierzu. Perlman cudownie mówił w jidysz i dziwił się: "Du gedenkst doch aza mamełuszn?" (Tak dobrze pamiętasz język ojczysty?). Mówię: Jo, maestro. "Kajn maestro, du bist far mir Poldek, ich bin far dir Icchak (żaden maestro, ty jesteś dla mnie Poldek, a ja dla ciebie Icchak). Powiedział, że to dla niego zaszczyt spotkać krewnego Naftulego Brandweina, więc "jesteśmy kwita".

        Rozmawiamy tak, rozmawiamy, wreszcie on powiedział: "Leopold, co my będziemy gadać, chodźmy zagrać". I wyjmuje stradivariusa. A ja usiadłem do tego rozklekotanego pianinka w "Arielu". "Icchak - mówię - ale co my gramy?" A on: "Daj mi d-moll". I zaczęliśmy Rejzełe Mordechaja Gebirtiga. Graliśmy tak, jakbyśmy wspólnie próbowali ze sto lat. Tylko mały ruch okiem - tu zatrzymujemy się, on sobie zaczął popłakiwać na tych skrzypeczkach. No a ja wcześniej, wiedząc już, że się z nim spotkam, napisałem wersję skrzypcową mojej piosenki Ta jedna łza. Dałem mu nuty, nie zdradzając tytułu, i mówię: może to zagramy? On sobie położył na kolanach, przyjrzał się i mówi: Me giejt (Zaczynamy). Zagraliśmy i przy końcu patrzę, a jemu łza - dosłownie "ta jedna łza" - spłynęła i kapnęła prosto do stradivariusa. Jest to wielki skrzypek i cudowny człowiek. Tyle radości życia pomimo kalectwa. Pytał: "A jak było na tych weselach? Długo graliście?". Ja mówię: "Do rana. A później na drugi dzień". "Dwa dni graliście?"

        "Bo były poprawiny. Men hot geszpilt un gefresn" (graliśmy i żarliśmy).


To spotkanie było chyba dużym przeżyciem dla obu stron.

        O, dla mnie to było chyba największe przeżycie w ogóle: akompaniować Icchakowi Perlmanowi. Taka rzecz zdarza się raz w życiu. Ale miałem jeszcze jedną wielką przygodę: zagrałem żydowskiego inwestora w "Liście Schindlera" - Spielberg sam mi to zaproponował i choć ustawiał każdego aktora, to mnie powiedział tylko: "Bądź sobą". Konsultanci na planie próbowali poprawiać moją intonację, ale Spielberg krzyknął: "Nie, Leopold, tak mów, jak mówisz, po swojemu!" Miałem przecież być nie Anglikiem, nie Amerykaninem, ale człowiekiem z getta. Tak więc to była druga z tych przygód, które były chyba dla mnie pewną rekompensatą za wszystkie nieszczęścia. Myślę, że mój ojciec byłby zadowolony, gdyby o tym wiedział. Zresztą na pewno wie. I dziadek Pejsach też.





 (C) Midrasz 1998 - 2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.