Logo Midrasza


 
Rozmowa z Samuelem Willenbergiem

  Zwracałem się do niej stryjenko....


        Z Samuelem Willenbergiem, byłym więźniem Treblinki, rozmawia Krzysztof Dzięciołowski



Ludzie w pana wieku często przyznają się, iż trudniej im odtworzyć szczegóły sprzed kilku dni, niż obraz lat dzieciństwa i młodości.

        W domu przed wojną nie przelewało się, wiedliśmy jednak spokojne życie. Ojciec wykładał w gimnazjum żydowskim w Częstochowie. Jego pasją było malarstwo. Najpierw odmalował bożnicę w Częstochowie. Malowania, rzeźbienia twarzy zakazywała religia - to pan wie? - więc dekorując ściany i plafony posłużył się stylizowanymi literami hebrajskimi. Podobnie ozdobił synagogi w Piotrkowie i Opatowie. Wojnę przetrwała tylko ta w Piotrkowie, dwie pozostałe zniszczono.


Ludzie wspominając dzieciństwo czują zapachy, słyszą dźwięki, przed oczami stają im jak żywe obrazy sprzed lat....

        Słyszę jak dudnią koła o szyny. Czuję pęd wiatru. Z kolegą z podwórka umówiliśmy się, że uciekniemy z domu. Wymyśliliśmy podróż po Polsce na dachach wagonów. W Częstochowie wsiedliśmy do ekspresu Wiedeń-Warszawa. Wie pan gdzie było najwygodniej? Na harmonii, między wagonami. Panu pewnie nic to już nie mówi, dziś pociągi nie mają harmonii. Oglądaliśmy Polskę z góry, upajaliśmy się przygodą. Po drodze do Gdańska, w Łowiczu złapała nas policja. Rano nakarmili nas bułką z kiełbasą. A potem zadzwonili do mojej mamy. Chciała tylko wiedzieć, czy żyjemy.... Żyje, żyje, uspakajał ją policjant. Dzięki tej eskapadzie sprawdziłem się, nabrałem wiary we własne siły.


Bułki z kiełbasą od troskliwych policjantów, telefony do zaniepokojonych rodziców, to się wszystko skończyło po wybuchu wojny.

        Wrzesień 39. zastał mnie w Warszawie. Kiedy pułkownik Umiastowski wydał rozkaz o ewakuacji ze stolicy wszystkich mężczyzn, ruszyliśmy z kolegami na południowy wschód. Za Rykami widziałem pociągi z amunicją trafione przez niemieckie bomby. Zaciągnąłem się wówczas do stacjonujących w okolicy oddziałów. Granatowy garnitur zamieniłem na mundur. Wydano nam francuskie kaski, dziwnie płytkie, do dziś mnie śmieszą, gdy je sobie przypominam.


Długo pan wojował?

        Dotarliśmy aż do Kowla, do granicy radzieckiej. Tam dogoniła nas wiadomość o ataku Armii Czerwonej. Ruszyliśmy do odwrotu. Uszliśmy z życiem po potyczce z czołgami. Zatrzymaliśmy się pod Chełmem. Padał deszcz, wiedzieliśmy, że zbliża się koniec.


Nie od razu złożyliście broń.

        W Chełmie pilnowaliśmy fabryki wódek Daumana. Potem znów dostaliśmy rozkaz wymarszu na Zachód. W jednej z potyczek zostałem ranny w plecy, odesłano mnie do mieszczącego się szkole szpitala. W grudniu wróciłem do domu, do Wawra pod Warszawą. Wciąż nie byłem zdrowy. Poruszałem się o kulach, rana ropiała.


Mieszkańcy Wawra bardzo wcześnie dowiedzieli się, czym będzie niemiecka okupacja.

        Tak, to właśnie tutaj doszło do jednej z pierwszych w Warszawie zbiorowych egzekucji. Najpierw w miejscowej restauracji zastrzelono dwóch niemieckich żołnierzy. W odwecie Niemcy zabili właściciela knajpy. Po kilku dniach w okolicy pojawiło się SS. Zwłoki restauratora wykopano z grobu i powieszono w drzwiach restauracji. Potem rozstrzelano kilkaset osób, w większości Żydów, bo to ich mieszkało tu najwięcej.


Przestraszyliście się?

        Mama postanowiła uciekać do ojca. Malował wówczas synagogę w Opatowie. Kiedy wyjeżdżaliśmy, na dworcu, na naszych oczach Niemcy z wagonów wyrzucali Żydów. Udaliśmy, że nie mamy z nimi nic wspólnego, dzięki temu dotarliśmy do celu podróży.


Opatów nie mógł być jednak żadnym azylem.

        Nie mieliśmy pieniędzy, ojciec zarabiał grosze. Chodziły pogłoski o przygotowywanym przez Niemców wysiedlaniu Żydów z małych miasteczek. Wstrzymano druk ukazującej się po polsku gazety żydowskiej. Ogarnęło nas przerażenie. Na szczęście w Opatowie ojciec cieszył się szacunkiem. Ceniono go jako artystę. Pomógł nam jeden z jego znajomych, pan Karbowniczak. To on skierował nas do kościoła, gdzie wyrobiono nam metryki. Ojciec występował od tej pory jako Karol Baltazar Pękosławski, ja jako Eugeniusz, matka była z pochodzenia Rosjanką Maniefą Popową. Dobrze zapamiętałem te dokumenty, były to wielkie płachty papieru, długie na 60 centymetrów. Po drugiej stronie znajdowały się odpowiednie stemple i adnotacje. U mamy odnotowano, że jeszcze w Bielsku-Białej, gdy w mieście obowiązywały przepisy austro-węgierskie, przyjęła judaizm. To ojcu przyszło do głowy, by metrykę mamy po drugiej stronie zakleić płótnem. Dzięki temu jako "russische orthodoxe" [prawosławnej] wydano jej białą kennkartę. Reszta rodzina dostała żółte, żydowskie.


Nie czekaliście aż getto w Opatowie zostanie zlikwidowane.

        Ojciec uciekł do Warszawy. Mama, moje dwie siostry i ja wybraliśmy Częstochowę. Liczyliśmy na przyjaciółkę mamy, na znajomych księży. Ale popełniliśmy też błędy. Razem z matką wróciliśmy do Opatowa po rzeczy, zostawiając w Częstochowie obie siostry. Kiedy wróciliśmy, okazało się, że je aresztowano. Tamta chwila bezsilnej rozpaczy boli do dziś. Mama uznała wtedy, iż lepiej będzie, bym wrócił do Opatowa, a sama została na miejscu.


Zdaje się, że nie był to w pana wypadku najlepszy pomysł.

        Wysiedlenia zaczęły się po dwóch dniach od mojego przyjazdu. Najpierw zgromadzono nas na miejscowym placu targowym, gdzie przed wojną handlowano bydłem. Potem pognano nas do Ożarowa na stację kolejową. Starców, którzy nie nadążali za kolumną, zabijano i wrzucano do przydrożnych rowów. Już w czasie postoju pociągu na jednej z małych stacyjek dochodziły do nas głosy: Żydzi, jedziecie na mydło.


W ten sposób trafił pan do Treblinki?

        Dwa tygodnie przed moim przyjazdem do obozu przywieziono Żydów z Częstochowy. Znałem wielu z nich. Aby zrobić dla nich miejsce, Niemcy zabili tych, którzy od początku budowali obóz. Zaraz po przybyciu na miejsce odbywała się selekcja. Kazano nam zdjąć buty. Podszedł do mnie młody chłopak, który wydał mi się znajomy. Musiał należeć do wcześniejszego transportu Żydów częstochowskich. Poradził mi, abym przedstawił się jako murarz. Poskutkowało. Zamiast do gazu, skierowano mnie do baraku. Tego dnia zagazowano 6 tysięcy Żydów z Opatowa, ale ja przeżyłem, stałem się więźniem Treblinki.


Pracował pan tam?

        W Treblince Niemcy nie potrzebowali już żadnych murarzy. Brałem udział w sortowaniu odzieży po zabitych. Potem przeniesiono mnie do "Tarnung" komando odpowiedzialnego za maskowanie obozowego ogrodzenia. Pod dowództwem żydowskiego komendanta Galewskiego wplataliśmy między druty gałęzie sosny, dzięki temu nie można było zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie. Niemcy mieli co ukrywać. Słyszeliśmy często, jak mówili, że więźniowie przywożą do obozu nie tylko złom i szkło. Starannie szukali złota i kosztowności. Pracowaliśmy w obozie bez taryfy ulgowej. Bito nas, znęcano się nad nami. Moje rany z 39. roku na skutek razów znów podeszły ropą. Dostałem wysokiej gorączki. Zmusiłem kolegę, żeby przeciął ropiejące wrzody. Infekcja minęła. Do dziś mam blizny po tamtej operacji, ale przeżyłem.


Wydostał się pan z tego piekła.

        Nasze komando otrzymało rozkaz zbudowania łącznika między dwoma barakami. Miał powstać korytarz i pokój. Tu zamierzano urządzić skład broni i amunicji. Wiodły do niego kute, żelazne drzwi, kto wie czy nie aż z XVI wieku. Nasi ślusarze musieli dorobić do nich zamki i klucze. Jeden z nich oddali Niemcom, drugi zostawili sobie. Ten klucz był naszą nadzieją i szansą na ucieczkę. Zaryzykowaliśmy 2 sierpnia 1943 roku.


Klucz się przydał?

        Niemiecka załoga korzystała z żydowskich "posługaczy". Czyścili Niemcom buty, sprzątali, dzięki temu mogli swobodnie przemieszczać się po obozie. Jeden z nich przedostał się do składu z bronią, zamknął w nim i przez okno wyrzucił kolegom jego zawartość. Dzieciaki rozprowadziły granaty i karabiny. Na ogół ukrywały je w wiadrach. Może z wyjątkiem Alfreda Bema, który odpowiadał za czystość w części obozu zamieszkałej przez Ukraińców. Transportowaną przez siebie broń schował w wózku dziecięcym. Pierwsze strzały padły o czwartej nad ranem. Baraki i zbiornik z benzyną obrzucono granatami. Ale Niemcy kontrolowali sytuację z wież wartowniczych. Pierwszą grupę uciekinierów rozstrzelano, gdy usiłowała przedrzeć się przez otaczające obóz zasieki przeciwczołgowe. Moja grupa wybrała inną drogę. Pobiegliśmy w stronę lasu, po trupach naszych kolegów. Za obozem przeskoczyliśmy na drugą stronę torów kolejowych i równoległej do nich szosy. W czasie ucieczki nagle poczułem szarpnięcie w nodze, zostałem trafiony. Mój but wypełniał się krwią. Utykałem. Biegnąc między drzewami, dotarliśmy na skraj wsi. Tu rozdzieliliśmy się, jedni na prawo, drudzy na lewo. Wszyscy mieliśmy na sobie cywilne ubrania, jednak na już na pierwszy rzut oka można było rozpoznać, że jesteśmy zbiegami z obozu. Ogoleni na łyso, wychudzeni. Jako jedyny zaryzykowałem i wszedłem między domostwa. Nie mam semickich rysów. Pomogli mi chłopi. Ukrywali mnie przez cztery dni. Jednak nie mogłem pozostać tu zbyt długo. Obóz był za blisko.


Ludzie, którzy panu pomagali, nie bali się?

        Na pewno bali, bez nich jednak bym nie przeżył. Opuszczając wioskę na przykład dostałem na drogę chleb. Ja sam też strasznie się bałem. Najbardziej po drodze do Wólki Nadgórnej. Zanocowałem wtedy na jakimś polu, w stogu siana. Nagle zjawili się Ukraińcy, strzelali, na szczęście nie odkryli mojej kryjówki. Rano dotarłem w okolice Skibniewa, na stację Kostki. Dziś już jej nie ma, połączenie między Małkinią a Siedlcami zlikwidowano. Pozostały jedynie zarośnięte tory. Pytał pan o ludzi, którzy mi pomogli... Obok stacji był sklepik spożywczy. Zaczekałem, aż wyszli z niego wszyscy klienci. Sprzedawczyni była młodą dziewczyną. Dała mi wody. Opowiedziała, co się dzieje w okolicy. Niemcy w poszukiwaniu zbiegłych Żydów dotarli i tu. Grozili śmiercią jej kuzynowi. Uratował go wójt potwierdzając, iż jest miejscowy. Wreszcie dostałem od niej 20 złotych. Pięć zostawiłem sobie na bilet, za pozostałych 15 chciałem kupić papierosy. Roześmiała się - siedziałem w obozie i straciłem rozeznanie w cenach. Dała mi też papierosy.


To musiało być strasznie ryzykowne, zbiegły z Treblinki Żyd, na małej stacji podchodzi do kasy....

        Nad ranem w okolicach stacji zaczął się ruch. Na drodze pojawili się handlarze mięsa. Wybierali się do Warszawy. Wśród nich kobieta. Pozwoliła mi, bym zwracał się do niej stryjenko. Kupiła dla mnie bilet. Ja pomogłem jej dźwigać toboły. Po południu dotarłem do Rembertowa.


Myślał pan o tym, by ruszyć dalej, w lepiej znane panu strony, do Opatowa, do Częstochowy?

        Postanowiłem szukać ojca. Wiedziałem, że uciekł do Warszawy. Poszedłem do Magistratu na Senatorską, naprzeciwko Teatru Wielkiego. Urzędniczka odnalazła w spisie mieszkańców Karola Baltazara Pękosławskiego. Mieszkał na Grójeckiej 104, naprzeciw Zieleniaka. Spotkaliśmy się w połowie sierpnia, w niecałe dwa tygodnie po ucieczce. Ojciec udawał głuchoniemego. Zarabiał na chleb malując święte obrazy. Najlepiej udawały mu się z postacią Jezusa i podpisem "Jezu ufam Tobie." Na wiosnę przyjechały dwie budy, zatrzymały się o kilka domów bliżej centrum. Pod numerem 84. ukrywali się Żydzi. Rozstrzelano ich w ruinach getta. Już po wojnie dowiedziałem się, że wśród nich był Emanuel Ringelblum. Przestraszona gospodyni postanowiła nas wyrzucić. Przenieśliśmy się wtedy z ojcem na Natolińską, do ośmiopokojowego mieszkania pewnej sędziny. W każdym pokoju mieszkali zwolennicy innej partii. Ojciec spotkał tam znajomych dziennikarzy sprzed wojny. Byli związani z lewicą, przez nich skontaktowałem się z ludźmi z ŻOBu i Bundu. Na pierwsze konspiracyjne spotkanie poszedłem do katedry warszawskiej. Podano mi wówczas adres kontaktowy. W Alejach Jerozolimskich 23 mieściła się wytwórnia stempli. Od spotkanej tam kobiety, żony oficera polskiej policji w Londynie dostałem rewolwer.


Kiedy wybuchło powstanie warszawskie, był pan więc uzbrojony.

        O tak, miałem jeszcze dwa granaty, a z kolegami z AK zdobyliśmy karabin. Opowiedziałem im wtedy, kim jestem, i o tym, że uciekłem z Treblinki. Nie chciałem ginąć pod przybranym nazwiskiem. W pierwszych dniach powstania walczyłem na Natolińskiej po nieparzystej stronie, parzystą spalili Niemcy. Potem przenieśliśmy się na Mokotowską. Zdobyłem z kolegami ten dom, w którym dziś znajduje się szkoła metodystów. Biłem się na barykadzie na Marszałkowskiej, przy szpitalu położniczym. Ostatecznie znalazłem się w Armii Ludowej, pod komendą generała Stanisława Pękosia, "Skały". Do kapitulacji Niemiec dosłużyłem się stopnia podporucznika. Za powstanie dostałem Virtuti Militari, podwójny Krzyż Walecznych, po latach Lech Wałęsa wręczył mi odznaczenie za Warszawę.


Nie został pan w Polsce?

        Choć osobiście nie doświadczyłem żadnych przykrości, jakichś antysemickich wybryków, czułem, że komunizm jest nie dla mnie. W 1950 roku wyemigrowałem do Izraela, zrzekłem się obywatelstwa polskiego. Teraz jednak je odzyskałem. Po raz pierwszy odwiedziłem Polskę w 1958 roku, potem w 1983 przyjechałem na obchody 40. rocznicy powstania w getcie. Od 1986 roku bywam w Polsce regularnie. Przyjeżdżam nawet częściej niż raz do roku, najchętniej z młodzieżą z kibuców.


Młodzi ludzie powinni poznawać prawdę o Holokauście?

        To bardzo ważne. Wszystkim jest potrzebna przestroga na przyszłość. Wiedza do czego mogą doprowadzić faszyzm i dyktatura. Za wszelka cenę trzeba zapobiec ich odrodzeniu się. Nie można niszczyć innych narodów za to tylko, że istnieją. Dla mnie istotne są oba punkty widzenia, Polaka i Izraelczyka. To mój obowiązek, by opowiadać młodym Izraelczykom o tym, co przeżyłem sam i co się stało z milionami polskich Żydów. Muszą też dowiadywać się o wszystkim co przemawia na korzyść Polaków. Wiele razy spotykała mnie z ich strony pomoc, tylko dzięki niej przeżyła moja żona. Odczuwamy wobec ludzi, którzy nam pomogli, tylko wdzięczność.


Wszyscy chcielibyśmy, by w przyszłości kontakty między Polakami a Izraelczykami ułożył się jak najlepiej. Ludzie jak pan, którzy przeżyli Holokaust mogą w tym pomóc?

        Na pewno. Zaproszono mnie niedawno do Treblinki na obchody ku czci pomordowanych. Odbył się wówczas symboliczny bieg do Warszawy przedstawicieli obu narodów, Polaków i Żydów. Powiedziałem wówczas, iż jego kierunek, odwrotny niż droga przemierzana przez skazanych na zagładę, ma dla mnie wymowę symbolu. Zaskoczyło mnie, że bieg i obchody zorganizowane zostały przez polskich harcerzy. Objęli oni honorową wartę przy pomniku, oświetlili drogi pochodniami. To była wzruszająca, piękna uroczystość. Miałem podobne odczucia podczas obchodów 60 rocznicy powstania w getcie warszawskim. Coś się w Polsce i świadomości Polaków zmieniło.





 (C) Midrasz 1998 - 2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.