Logo Midrasza


  Wolność każdego słowa?

SERGIUSZ KOWALSKI

 


Reklama książki Ratajczaka w wydawanym przez Leszka Bubla piśmie "Tylko Polska"
fot. archiwum

Po raz kolejny wywiązała się debata o granicach wolności słowa, tym razem w związku z rozprawą przeciwko Dariuszowi Ratajczakowi z Opola, sądzonemu za kłamstwo oświęcimskie (sąd sprawę umorzył z powodu "niskiej szkodliwości społecznej czynu").

        Liberalna opinia publiczna podzieliła się. Oczywiście wszyscy jednomyślnie dawali wyraz swojemu obrzydzeniu do antysemityzmu, do chorych poglądów i monstrualnego głupstwa, jakim jest negowanie Zagłady. Jednak przeważało stanowisko, żeby nie karać za poglądy, jakkolwiek głupie i odrażające.

        Najpełniej wyraził tę myśl redaktor Pacewicz w "Gazecie Wyborczej": "Ratajczak zasługuje na potępienie, a jeszcze lepiej zignorowanie przez opinię publiczną. Miejmy nadzieję, że ci dwaj czytelnicy, którzy kupili jego książkę, podarli ją ze złości lub zgubili po drodze do domu. [...] Nie należy wsadzać za kratki nawet najobrzydliwszych kłamców. To pokazałoby, że się ich boimy. To zrobiłoby z nich bohaterów, męczenników jakiejś sprawy. I wtedy mogliby stać się groźni. [...] Demokracja i zdrowy rozsądek obronią się inaczej". To samo napisał w "Gazecie Wyborczej" redaktor Warszawski, to samo w "Tygodniku Powszechnym" redaktor Burnetko, podobnie wypowiedziało się Centrum Monitoringu Wolności Prasy.

        Sprawa jest ogólniejsza, lecz w przypadku Ratajczaka pojawiły się dodatkowe okoliczności. Po pierwsze, jest on nauczycielem akademickim, więc jego książkę uznano za naukową. I tu powstało pytanie o granice wolności naukowego dyskursu. Po wtóre, oskarżony bronił się twierdząc, że jako historyk jedynie referował stanowisko tzw. rewizjonistów Holokaustu; stąd pytanie drugie, rozważane przez sąd i przewijające się w relacjach: cytował, czy aprobował?

        Obie wątpliwości wynikają z powszechnej niewiedzy. Zupełnie bezprzedmiotowa wydaje się cała publiczna dyskusja o tym, czy Ratajczak popełnił "kłamstwo oświęcimskie", cytował aprobująco czy też relacjonująco i dla dobra nauki poglądy neofaszystów, których zdaniem nie istniały komory gazowe. Ja, w odróżnieniu od większości wypowiadających się w tej sprawie, książkę Ratajczaka przeczytałem.

        Nie jest to praca naukowa, lecz brukowa, poziomem obrzydliwości wykraczająca poza wszystko, co mogą sobie wyobrazić redaktorzy Pacewicz i Burnetko, przekładający sądy a priori nad sądy a posteriori. Opolski naukowiec nie bawi się w subtelności. Nie ogranicza się do problematyki komór gazowych. O innych historykach pisze tak:

Budynek krematorium nr. 3 w Oświęcimiu; z archiwum obozowego SS. Według rewizjonistów to wszystko fikcja, fot. archiwum

Budynek krematorium nr. 3 w Oświęcimiu; z archiwum obozowego SS. Według rewizjonistów to wszystko fikcja
fot. archiwum

        "Te prostytutki obwieszone tytułami naukowymi przez mocodajnych sutenerów, utworzyli własny lupanar upstrzony w nowe piórka. ..Brązowo-nosi.. (tak określa się ludzi podtykających ten wrażliwy organ pod wiadomą część ciała możnych tego świata) [...]"; "To chwasty zapatrzone we własne kariery, stado rozgadanych kelnerów, gotowych jednak na każde skinienie nowego pana, osobnicy bez czci, wiary, moralności. Bez Boga i Ojczyzny. Dobrzy Europejczycy" [s. 90].

        O religii Żydów pisze: "Organiczna niechęć Żydów do świata nieżydowskiego, a głównie chrześcijańskiego wynika przede wszystkim z tradycyjnych praw judaizmu". Talmud, "księgę zawierającą 12 grubych tomów i dyszącą nienawiścią do chrześcijan Żydzi uważają za ważniejszą od Pisma świętego i stanowi ona dla nich do dnia dzisiejszego przypomnienie właściwego postępowania w stosunku do gojów. Bez Talmudu [...] Żyd przestaje być Żydem" (s. 14).

        Opolski uczony nie tylko rozkolportował swoje dzieło wśród studentów. Również pouczał ich o powinnościach naukowca: "Nigdy nie pisz obiektywnie. To nic nie znaczy, a do tego jest przeraźliwie nudne"; "Wykład lub ćwiczenia prowadź według recepty Alfreda Hitchcocka: najpierw trzęsienie ziemi - potem napięcie rośnie. Na przykład: ze znudzoną miną, minutę po czasie, gdy wszyscy siedzą w ławkach, wchodzisz do sali. I nagle, uderzając kantem dłoni o poręcz krzesła, strzelasz z armaty: Szymon Wiesenthal to fałszywy tropiciel nazistów". I tak dalej, i tak dalej" [s. 91].

        Mógłbym kontynuować, sięgając w dowolne miejsca rozprawy pt. Niebezpieczne tematy. W rozdziale "Tajemnica pochodzenia Adolfa Hitlera" czytamy: "Gdy [...] analizujemy pochodzenie politycznych, wojskowych i gospodarczych elit III Rzeszy, co rusz natrafiamy na osoby żydowskiego, półżydowskiego, ćwierćżydowskiego pochodzenia oraz takich, którzy przez fakt małżeństwa byli spokrewnieni z żydowskimi rodzinami. Wymieńmy kilkanaście nazwisk, opierając się na ustaleniach niemiecko-żydowskiego wykładowcy akademickiego, Dietricha Brondera oraz wiedzy własnej" [s. 17]. Długą listę Ratajczaka otwiera Żyd Adolf Hitler; dalej m.in. Joseph Goebbels, Hans Frank (syn żydowskiego adwokata-hochsztaplera z Bambergu) i Adolf Eichmann (urodził się w Palestynie, papiery sfałszowano).

        Może jeszcze jedno. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Ratajczak cytuje rewizjonistów Holokaustu z pełną aprobatą. Pisze: "Od połowy lat 70-tych Holokaust, traktowany jako religia [...] zaczyna spotykać się z odporem ze strony historyków-rewizjonistów. [...] Ludzie ci traktowani są przez wyznawców religii Holokaustu, a więc zwolenników cenzury i narzucania opinii światowej fałszywego, propagandowego obrazu przeszłości, jako szarlatani, neonaziści i skrajni antysemici. Argument to chyba chybiony [...]" [s. 21]. Leuchtera, profesjonalistę od technik gazowania, który orzekł, że komory nie mogły funkcjonować tak, jak rzekomo funkcjonowały, nazywa Ratajczak "fachowcem najwyższej jakości" [s. 21].

        Cytuję to wszystko obszernie, bo mam nieodparte poczucie, że Pacewicz, Burnetko i wielu innych nie mają pojęcia, o czym piszą. Nie ma pojęcia liberalna opinia publiczna. Udaje, że nie ma pojęcia sąd, który z dziełem Ratajczaka musiał się przecież zapoznać. Udaje, że nie wie, kogo zatrudnia, Uniwersytet Opolski.

        Karać, nie karać? Jak przeciwdziałać? To ogólniejszy problem. Parę słów na ten temat. Po pierwsze, nie chcę nikogo wsadzać za kratki. Niech zapłacą symboliczną kwotę. Nie będzie męczenników, będą winni.

        Po wtóre, nie jest prawdą, że książkę Ratajczaka przeczytało dwóch nabywców, którzy tak się zbrzydzili, że wyrzucili ją do kosza. I nie przypadkiem Niebezpieczne tematy wydał po raz wtóry (30 tys. nakładu) Leszek Bubel, bowiem pasują one jak ulał do jego licznych publikacji, od dawna rozpowszechnianych w kioskach i Empikach w całym kraju przez największych, dbałych o dochód, dystrybutorów - Ruch i Kolportera. Zjawisko osiąga od dawna niepokojące rozmiary, a twierdzenie, że wystarczy ostracyzm opinii publicznej, wydaje się grubo spóźnione - zważmy na brak reakcji ze strony akademickich historyków i samego Uniwersytetu Opolskiego, który przecież, bez względu na decyzję sądu, mógł sam Ratajczaka zwyczajnie wyrzucić. Twierdzi Pacewicz: "Demokracja i zdrowy rozsądek obronią się inaczej". Czy naprawdę? Już raz tak twierdzono.

Plany krematorium nr. 3 w Oświęcimiu; z archiwum obozowego SS. Według rewizjonistów to również fikcja, fot. archiwum

Plany krematorium nr. 3 w Oświęcimiu; z archiwum obozowego SS. Według rewizjonistów to również fikcja
fot. archiwum
        Po trzecie, nie żyjemy w Stanach Zjednoczonych. Tam, owszem, obowiązuje mit konstytucji i "pierwszej poprawki" (o wolności słowa). Niedawna, niemal totalna zagłada ludności tubylczej, niewolnictwo Czarnych i apartheid, praktykowany jeszcze za mojego życia, mieszczą się w świadomości najświatlejszych Amerykanów w odrębnej przegródce poznawczo-myślowej. Dlatego tylko w USA może istnieć wielka, wpływowa i światła organizacja, taka jak ACLU (American Civil Liberties Union), która m.in. załatwiła dobrego żydowskiego obrońcę neofaszystom sądzonym za to, że krzycząc "sieg heil!" przemaszerowali przez żydowską dzielnicę amerykańskiego miasta. My żyjemy w Europie, nie tak dawno oglądającej narodziny, triumf i klęskę totalitarnych ideologii, straszną wojnę i Holokaust. My niestety nie możemy pozwolić sobie na taką - a de facto pozorną - ideologię tolerancji bez granic.

        Dawid Warszawski, oprócz obiegowych argumentów ("z drania zrobi się bohatera'', co z poglądami "ohydnymi inaczej'' itp. ) ma i dodatkowe. Za kłamstwo oświęcimskie "karać winny Niemcy, bo to Niemcy Oświęcim zbudowały [...] może też [...] sądy państw wówczas z Niemcami sprzymierzonych". Dość to osobliwa propozycja: nie karzmy w Czechach, karzmy na Słowacji, nie karzmy w Holandii, karzmy we Francji... Nie karzmy w Polsce, gdzie wszak stały obozy i krematoria, i którą co jakiś czas oskarża się o współudział, karzmy za to na Malcie i w Islandii.

        Dalej pisze Warszawski: "Karać powinno polskie społeczeństwo. [...] Porządni ludzie winni bojkotować księgarnie, gdzie kłamstwa te są kolportowane, aż znikną one z półek. Niech ci, którym potrzebne jest kłamstwo, zaopatrują się w nie jak konsumenci dziecięcej pornografii: pokątnie i ze wstydem. Niech wiedzą, że nikt porządny nie poda im ręki". Lecz sam konstatuje: "Tak się jednak w Polsce nie stało i nie stanie''. No właśnie! Dzięki Ci drogi Kostku-Dawidzie, że przynajmniej nie mylisz dobrych chęci z opisem rzeczywistości.

        A co do nienaruszalności wolności słowa, niech wolno mi będzie podeprzeć się dwiema dostojnymi opiniami. Pierwsza jest ustalonym ponad wszelką wątpliwość sądem liberalnych filozofów, od Milla, przez Berlina, po Kołakowskiego: wartości naczelne nie mogą być absolutyzowane, bo w skrajnych sytuacjach wchodzą ze sobą w nieuchronny konflikt; zadaniem zbiorowości jest każdorazowo ustalenie rozsądnego kompromisu między nimi. Stąd wniosek oczywisty: istnieją granice wolności słowa, nawet w kraju, który przez pół wieku cierpiał cenzuralne ograniczenia. To chciałbym uprzytomnić komentatorom zachowującym się tak, jakby nie było iunctim między naukami ich mistrzów i praktycznym działaniem.

        Na koniec chciałbym przytoczyć opinię Stanisława Podemskiego z "Polityki": "w hitlerowskich Niemczech były najpierw podżegające artykuły w "Stürmerze", a potem dopiero pogrom "nocy kryształowej". Rozumie dobrze ten nie raz w dziejach potwierdzony związek słów i czynów Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który w paru wyrokach odmówił swej ochrony ukaranym autorom broszur rasistowskich i antysemickich, i uznał to za niezbędne w demokratycznym społeczeństwie w interesie bezpieczeństwa państwowego.

        Karanie za poglądy choćby najbardziej ohydne, może przynieść dwa skutki. Albo okaże się nieskuteczne, bo nie będzie można udowodnić, że karany pogląd jest akurat tak ohydny, jak to przewiduje ustawa - i wówczas prawo się ośmieszy. Albo będzie skuteczne, i wówczas bać się będą także posiadacze poglądów mniej ohydnych lub ohydnych inaczej.

        Miast solidarnie bronić prawdy, scedowaliśmy na państwo obowiązek ścigania kłamców i umyliśmy ręce. Po wyroku na Ratajczaka wszyscy odetchną z ulgą, że oto sprawiedliwości stało się zadość. A kto pójdzie demonstrować przed księgarniami, gdzie kupić można broszurki o "micie Holokaustu"?





 (C) Midrasz 1998 - 2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.